Słońce miało zajść za jakieś dwie godziny.
-Wystarczy.-szepnęłam bardziej do samej siebie.
-Wiem.-chłopak za mną cicho się roześmiał. Przewróciłam oczami i odwróciłam się w jego stronę.
-Finn.-jęknęłam.-Siedź cicho.-popatrzył się na mnie tymi swoimi blado-niebieskimi oczami, większość zasłaniała grzywka, ale jednak dało się zauważyć skruszone spojrzenie. Kochałam go jak młodszego brata. Pomagał mi na różne sposoby, chociaż był cztery lata młodszy. Zawsze mogłam na niego liczyć, pojawiał się jak na zawołanie kiedy tylko go potrzebowałam.
Było dość zimno. Wiatr przeszywał mięśnie i kości. Zapięłam bluzę tak wysoko, że przycięłam sobie brodę. Zrezygnowana oparłam się plecami o skałę, za którą się kryliśmy. Finn opadł tuż obok mnie. Zamknęłam oczy i objęłam się ramionami próbując się ogrzać. Oni nadal tam stali, więc musieliśmy zaczekać.
Poczułam coś na głowie. Podniosłam powieki i zobaczyłam, że chłopak założył mi swoją białą czapkę z uszkami królika. Dostał ją od rodziców, zanim go porzucili. Chciałam zaprotestować, ale on tylko się uśmiechnął i potrząsnął jasnymi włosami.
-Spoko.-oczy mu błyszczały i chyba się zarumienił kiedy pocałowałam go w policzek. Włożyłam wszystkie włosy pod spód. Może wyglądałam głupio ale było trochę cieplej.
-Dzięki.-naciągnęłam czapkę na uszy i czekałam.
-Wiesz...czasami myślę czy to wszystko jest prawdą.-wyznał mi po chwili milczenia. Spojrzałam na niego. Wpatrywał się we mnie tymi swoimi dużymi oczami. Przy świetle zachodzącego słońca jego policzki zrobiły się jeszcze bardziej czerwone. Podeszłam i przytuliłam go mocno.
-Uda się nam. Dobrze o tym wiesz. Musimy tylko przeczekać. Nie mamy broni więc ich nie pokonamy. Ucieczka nie wyjdzie. Złapią nas jak tylko się wychylimy. Zostaje tylko czekanie.-spojrzał na mnie jakby mało z tego rozumiał. Jak zwykle się zapędziłam i zaczęłam obmyślać plan na głos. Finn nie lubił kiedy zaczynałam się wymądrzać i udawać lepszą od niego. Chociaż to była prawda.-Przepraszam, młody.-poczochrałam mu włosy i wróciłam na miejsce na skraju skały. Wyjrzałam i zobaczyłam stwora z dwoma głowami. Jedną lwią, drugą-kozią. Przy bokach miał skrzydła, a kiedy się odwrócił zobaczyłam węży ogon. Czytałam o czymś takim.
-Chimera.-syknęłam. Miałam bardzo dobrą pamięć, więc nie zdziwiłam się kiedy po prostu rzuciłam imię greckiego potwora. Finn z tyłu wydał cichy okrzyk. Miał tylko czternaście lat! Powinnam go ochronić!-Damy radę. Musimy to wszystko przemyśleć.-powiedziałam uspokajająco. Bez przekonania skinął głową. On lubił działać! Ja wolałam myśleć.
-Chyba mam pomysł!-podekscytowany zerwał się z ziemi i podbiegł do mnie cicho.-Na trzy biegnij! Tam! Za tamtą skałę! A potem prosto do doliny!
-Ale ona nas dogoni!-syknęłam.-Musimy czekać.
-Posłuchaj.-powiedział spokojnie. Nigdy nie słyszałam, żeby wyrażał się z taką pewnością.-Zaufaj mi. Ufasz mi?
-Tak, ufam, ale...
-W takim razie nie ma nic do gadania.-posłał mi uśmiech.-Na trzy biegnij!-skinęłam głową. Wyjrzał zza skały.-Jeden, dwa, TRZY!-krzyknął. Okrążyłam skałę i pobiegłam najszybciej jak mogłam. Musiałam omijać korzenie drzew i jakieś odłamki skalne. Mimo, że byłam w niezłej formie płuca płonęły mi żywym ogniem, ale kazałam sobie biec dalej, szybciej. Po chwili poczułam łzy strachu na policzkach. Świat zaczął się rozmazywać, ale zobaczyłam że za chwilę kończy się las. Czyli to tutaj, pomyślałam. Pomknęłam przez barierę. Po chwili byłam już bezpieczna. Wiedziałam, że to tutaj. Obejrzałam się, żeby pogratulować Finnowi pomysłu, ale za mną go nie było.
-Finn?!-krzyknęłam. O boże, nie.-Finn!
-Kto to: Finn?-usłyszałam głos za plecami. Z piskiem odskoczyłam na bezpieczną odległość.
Za mną stała piękna, granatowo-czarnowłosa i smukła dziewczyna, mniej więcej w moim wieku. Miała czerwone oczy i usta, szara, oliwkowa cera idealnie pasowała do ciemnych ciuchów. Uśmiechała się szyderczo.
-To mój przyjaciel.-odpowiedziałam zimno. Ale nie mogłam nie zauważyć, że dziewczyna jest wyjątkowo piękna.-Powinnam go poszukać.-zawróciłam, ale dziewczyna chwyciła mnie za nadgarstek.
-Nie teraz. Chimera pewnie już się nim pobawiła i wypluła.-spojrzała mi twardo w oczy, ale ja nie zamierzałam ustępować.
-Ale ja nie mogę go tak zostawić.-jęknęłam. Zauważyłam, że głos mi się załamał, a łzy popłynęły, ponownie.
-Posłuchaj.-On powiedział to samo, pomyślałam.-Nic dla niego nie zrobisz. Wiesz...wydaje mi się, że kazał ci uciekać, a sam tam został i odwracał uwagę.-mówiła ostro jak brzytwa.
-Ale on nie mógł! Jak ja mogłam go zostawić!-załkałam i spróbowałam się wyrwać. Ręka tamtej nawet nie drgnęła. Spojrzałam na nią wściekła. Ale ona wpatrywała się we mnie spokojna i opanowana. Zorientowałam się, że ledwo stoję na nogach. Ten bieg rzeczywiście mnie wykończył. A teraz kiedy adrenalina opadła, nie miałam już sił. Czarnowłosa założyła sobie moje ramię na szyję.
-Chodź.-zakomenderowała. Łzy nadal płynęły po mojej twarzy, ale dałam się zaciągnąć. Szłyśmy w milczeniu. Nasłuchiwałam. Ale dochodziły mnie tylko warknięcia i ryki Chimery. Po chwili ucichły.-Już po wszystkim.-powiedziała.
-Co?-lubiłam pytać. I odpowiadać. I tłumaczyć.
-Chimera zrezygnowała.-odpowiedziała po prostu.-Ale...ten Finn...-przygryzła wargę.
-Co?-powtórzyłam. Spojrzała mi w oczy i zauważyłam tam współczucie. Ale tylko przez chwilę.
-Wiesz...jesteśmy półbogami nie?-skinęłam głową, zorientowałam się, kiedy uciekaliśmy. Nie wiedziałam tylko kto był naszymi rodzicami.-Więc moim ojcem jest Tanatos. Czasami wyczuwam kiedy ktoś ginie i...
-On nie żyje prawda?-zapytałam cicho. Tym razem ona skinęła głową, ale nie spuszczała ze mnie oczu.-Zawsze był bohaterem. A to on był młodszy. Ja powinnam zostać.-przyznałam.
-Wiesz...skoro ktoś chce być bohaterem, to należy mu pozwolić.
-Tak?-zapytałam z powątpiewaniem.
-Jak najbardziej. Wiem coś o tym.-spojrzała gdzieś przed siebie.-Aha.-przypomniała sobie po chwili.-Uważaj na mojego brata.
-Chyba masz ich kilku u Tanatosa?-wątpiłam w to, żeby byli tam tylko we dwójkę.
-Jasne, mam kilku braci. I kilka sióstr. Ale mi chodzi o mojego bliźniaka. Mamy tę samą matkę.-prychnęła.
-Aha.-podniosłam rękę żeby poprawić włosy, ale dotknęłam materiału. Westchnęłam i odsunęłam dłoń.
-Fajna czapka.-dziewczyna się uśmiechnęła. Miała wtedy takie słodkie dołeczki na policzkach. Chyba się zarumieniłam, ale ona tego nie nie zauważyła. A nawet jeśli, to nie dała tego po sobie poznać.
-Tak, wiem. Nie jest moja.-nagle przypomniałam sobie smutną prawdę.-Właściwie to jednak jest moja.
-Oh. Chyba tak.-przyznała.-Trzeba będzie go poszukać.
-Jeśli tak, to obiecaj mi, że weźmiesz mnie ze sobą.-na jej twarz wrócił ten zadowolony wyraz.
-Ah tak? Dlaczego miałabym to zrobić?-oblizała wargi.
-Kochałam go.-odparłam.-Jak brata. Tak, jak młodszego brata.-dodałam po chwili.
-No dobra.-odparła niechętnie.-Jestem Marceline Petrikov.
-Bonnibel Sweethearth.-Marceline roześmiała się na cały głos.-Ej!-walnęłam ja w ramię wolną ręką.-Ja cie nie obrażałam!
-Przepraszam.-otarła łzę wierzchem dłoni. Mimo wszystko słodko się śmiała i sama nie mogłam powstrzymać uśmiechu.-Ale z jakiego powodu rodzice postanowili cie nazwać tak...słodko?
-Tego raczej nigdy się nie dowiem. Ale to chyba dlatego.-podniosłam rękę z zdjęłam czapkę, spod której wysypały się różowe włosy, sięgające łopatek. Końcówki lekko się kręciły.
-Wow.-szepnęła i wzięła do ręki kosmyk.-Skąd taka żywa farba?
-To nie farba.-jęknęłam ale pozwoliłam bawić się jej moimi włosami.-Ja zawsze miałam takie włosy. Farbę to ja mam na brwiach. Bo uważam że różowe brwi to już przesada.-roześmiałyśmy się.
-Chyba masz racje. Ale...nieźle. Ciekawi mnie czyim jesteś dzieckiem.-zastanawiała się na głos.
-Ja nawet nie wiem czy matka czy ojciec. Tak też bywa.-wzruszyłam ramionami. Marceline nadal targała mnie za grzywkę.
-Dobra, chodź. Przyspieszymy bo Chejron mnie zabije.-przewróciłam oczami, ale posłusznie przyspieszyłam.
-Chyba możesz mnie już puścić.-trzymała mnie ręka w pasie.
-Oh. Jasne.-cofnęła ramię i szła sztywno obok. Założyłam czapkę i ukryłam włosy. Adrenalina po biegu zaczęła opadać i na powrót zrobiło mi się chłodno. Objęłam się ramionami, ale dziewczyna nie zwracała na mnie uwagi. Rozglądała się wokół byleby tylko nie spojrzeć na mnie.
-Tu jesteście!-jakiś chłopak podbiegł do nas od południa.
-Tak, Samson. Trzeba będzie poszukać chłopaka. Ale ona żyje.-popchnęła mnie lekko w stronę bruneta.
-Cześć.-pisnęłam.
-Cześć, jestem David Samson. A ty?-normalne imię, normalny chłopak. Nic nadzwyczajnego, oprócz tego że był półbogiem. Zawahałam się na chwilę.
-Dawaj Bonni. Ona ma świetne imię i nazwisko.-wskazała na mnie i uśmiechnęła się szyderczo.
-Bonnibel Sweethearth.-uścisnęłam mu dłoń.
-Spoko.-uśmiechnął się szerzej.-Nie zamierzam się śmiać.-przysiągł.
-Ok. Możesz. Każdy tak robi.-wzruszyłam ramionami.-Chyba się przyzwyczaiłam.
-Nie, nie będę. Przydałoby się zaprowadzić cię do kliniki, żeby sprawdzili czy wszystko ok.
-Jasne.-odparłam.-Marceline...?-odwróciłam się ale jej już nie było.
-Ona taka jest. Jej brat jest fajniejszy.
-Aha. Gdzie idziemy?-zapytałam.
-Jak już mówiłem. Najpierw do kliniki a potem do Wielkiego Domu do Chejrona.-powiedział po prostu.
-Jak chcesz.-spojrzał na mnie dziwnie.
-Nie przeraża cię to? Że jesteś w nieznanym miejscu, w lesie z chłopakiem, idziesz pogadać z osobą która ma na imię jak trener herosów.
-A to nie jest prawdziwy centaur?-zmarszczyłam brwi.
-Yyy..tak jest. Nie chciałem ci tego mówić tak wprost, ale widzę, że jesteś obeznana.
-Jakiś tydzień temu się zorientowałam. Finn...-przerwałam. Zamknęłam usta i zwiesiłam głowę.
-Sama się zorientowałaś? Że jesteś herosem? I twoim rodzicem jest jakiś grecki bóg?-chłopak postanowił zasypać mnie pytaniami, żebym nie myślała o Finnie. Dobrze zdawał sobie sprawę z tego co powiedziała Marceline. On nie żyje.
-Tak, tak i tak. Mimo wszystko było to bardzo łatwe. Mityczne potwory, różne odruchy oraz znajomość greki. Rozwiązywałam trudniejsze zagadki w sierocińcu.-prychnęłam. Patrzył się na mnie oniemiały.-Nie jesteście zbytnio ogarnięci w tym obozie, nieprawdaż?
-Jesteśmy grekami moja droga!-roześmiał się serdecznie. Dalej szliśmy w milczeniu. Gdzieś niedaleko zobaczyłam światełko i usłyszałam gwar głosów.
Kiedy weszliśmy w okrąg światła bijący od ogniska, rozmowy ucichły.
-Tylko tędy przechodzimy.-szepnął do mnie chłopak. Szłam wyprostowana, ale nie patrzyłam nikomu w oczy. Ludzie uśmiechali się, machali mi ręką, ale ja chciałam tylko chwilę odpocząć.
Po wizycie u Apolla było już za późno na wizytę u Chejrona.
-Jutro cie zaprowadzę. Po śniadaniu?-zapytał David.
-Po śniadaniu.-weszłam cicho do Hermesa. Miałam tam spędzić noc, albo więcej, gdybym nie została uznana. Jakaś dziewczyna zwlokła się z łóżka i pokazała spanie. Skinęłam głową i poszłam się przebrać w piżamę.
Zaraz potem przykrywałam się kocem aż po szyję. Odetchnęłam głęboko i zamknęłam oczy. Zasypiając widziałam twarze Finna, Marceline i jakiejś jasnowłosej kobiety.